Lekcja z kryzysu offshore wind w USA 

Na przełomie 2025 i 2026 r. morska energetyka wiatrowa w USA stała się jednym z najgorętszych tematów na styku energetyki, bezpieczeństwa i prawa kontraktowego. Administracja prezydenta Donalda Trumpa ogłosiła nagłe wstrzymanie „pause” części dużych projektów offshore wind, powołując się na względy bezpieczeństwa narodowego – przede wszystkim na ryzyko zakłóceń pracy radarów i zdolności obronnych. Decyzja uderzyła w projekty będące już w budowie, z zawartymi umowami, zakontraktowanymi dostawami i uruchomionym finansowaniem. 

Cios w offshore wind 

Według oficjalnych komunikatów rządowych moratorium objęło kilka farm planowanych i realizowanych u wybrzeży Nowego Jorku, Nowej Anglii i Wirginii – w tym projekty rozwijane przez największych globalnych graczy sektora, takich jak Equinor i Ørsted.  

W praktyce chodziło o inwestycje, które przeszły już długotrwałe procesy licencyjne, środowiskowe i uzgodnienia z administracją federalną, a także zabezpieczyły wielomiliardowe kontrakty na turbiny, statki instalacyjne i przyłącza.  

Jako uzasadnienie decyzji wskazano nowe analizy, które dotyczyły wpływu dużych farm wiatrowych na systemy radarowe, w tym wojskowe i lotnicze. Zwracano uwagę na zjawisko tzw. clutteru radarowego – zakłóceń powodowanych przez obracające się łopaty turbin, które mogą utrudniać odróżnienie sygnałów pochodzących od realnych obiektów (samolotów, śmigłowców, dronów) od „szumu” generowanego przez farmę. Podnoszono też, że rozwój offshore wind w najbardziej newralgicznych rejonach wschodniego wybrzeża może kolidować z trasami podejść do baz wojskowych i korytarzy monitorowanych przez systemy wczesnego ostrzegania.  

W tle pozostawał fakt, że część analiz miała charakter niejawny, co ograniczało możliwość merytorycznej polemiki po stronie inwestorów. 

Jednak to polityczny kontekst decyzji był tu najważniejszy. Morska energetyka wiatrowa była jednym z filarów transformacji energetycznej poprzedniej administracji (Joe Bidena), a kontrakty na budowę farm wspierane przez system aukcji i długoterminowych umów odbioru energii. Nowa administracja wielokrotnie publicznie krytykowała energetykę z offshore wind, podnosząc tak kwestie estetyczne i środowiskowe, jak i koszty dla odbiorców. Wstrzymanie projektów offshore wpisało się w ten szerszy zwrot polityczny – wykorzystano instrument bezpieczeństwa narodowego, który tradycyjnie kojarzy się z kontrolą inwestycji zagranicznych czy ochroną infrastruktury krytycznej, aby zatrzymać projekty uznawane wcześniej za strategiczne dla transformacji energetycznej. 

Reakcja rynku i władz lokalnych była natychmiastowa. Stany silnie zaangażowane w rozwój offshore – zwłaszcza Nowy Jork i niektóre stany Nowej Anglii – wskazywały, że po stronie publicznej zainwestowano już znaczne środki w infrastrukturę portową, sieci przesyłowe i programy wsparcia lokalnych łańcuchów dostaw. Deweloperzy akcentowali natomiast, że decyzja przyszła po latach uzgodnień z federalnymi agencjami, w tym z wojskiem, i że dotychczasowe pozwolenia uwzględniały kwestie bezpieczeństwa. W przestrzeni publicznej pojawił się więc mocny argument o naruszeniu zasady zaufania do państwa: skoro inwestor realizuje projekt zgodnie z wydanymi decyzjami i w oparciu o sygnały polityki publicznej, to nagły zwrot o 180 stopni w końcowej fazie przygotowania lub na etapie budowy rodzi pytanie o granice ryzyka regulacyjnego. 

Odpowiedź inwestorów 

W odpowiedzi na federalne „pause” inwestorzy i część stanów skierowali sprawy do sądów federalnych, domagając się przede wszystkim środków tymczasowych, a więc zgody na kontynuowanie prac na czas procesu (zabezpieczenie). Argumentowano, że zatrzymanie projektów choćby na kilka miesięcy może przekreślić ich bankowalność: wygasają kontrakty na dostawy i usługi, rosną koszty finansowania, a przemodelowanie harmonogramu często wymaga uzgodnień z wieloma podmiotami (operatorami sieci, portami, dostawcami turbin).  

Pierwsze rozstrzygnięcia sądowe zapadły już na początku 2026 r. W sprawach, które dotyczyły projektów rozwijanych przez największych graczy sądy federalne przychyliły się do wniosków o zabezpieczenie i wydały tymczasowe nakazy zezwalające na wznowienie prac. I to mimo formalnie obowiązującego „pause”. Sędziowie wskazywali m.in., że inwestorzy uprawdopodobnili naruszenie przepisów proceduralnych przy podejmowaniu decyzji przez administrację, a także ryzyko nieodwracalnej szkody dla projektów, gdyby przestój się przedłużał. Bezpieczeństwo narodowe nie jest jedyną wartością, którą należy brać pod uwagę – znaczenie ma też stabilność otoczenia prawnego, rozwój czystej energii i przewidywalność działań państwa wobec podmiotów, które od lat współpracują z nim przy realizacji polityk publicznych. 

Co dalej 

W efekcie powstał niejednoznaczny stan: z jednej strony obowiązuje polityczna decyzja administracji federalnej o wstrzymaniu dużej części projektów offshore wind, z drugiej – konkretne inwestycje mogą toczyć się dalej dzięki ochronie sądowej. To napięcie między władzą wykonawczą a sądowniczą oraz między deklarowanym bezpieczeństwem narodowym a ochroną uzasadnionych interesów inwestorów, tworzy tło, na którym trzeba na nowo przemyśleć kontraktowe podejście do ryzyka działania państwa – także w europejskich i polskich projektach infrastrukturalnych. 

Tło polityczne jest równie istotne jak prawne. Morska energetyka wiatrowa była jednym z filarów transformacji energetycznej poprzedniej administracji.  

Nowa ekipa nie tylko zmieniła akcenty polityki energetycznej, ale także wykorzystała instrumenty bezpieczeństwa narodowego, które tradycyjnie kojarzą się raczej z obronnością niż z inwestycjami infrastrukturalnymi. Dla uczestników rynku – także w Europie – to mocny sygnał: nawet jeśli projekt jest „zielony”, wspierany publicznie i ma szeroką akceptację na etapie planowania, nie oznacza to, że jest odporny na późniejszy zwrot polityczny.  

Wnioski dla polskich firm w branży offshore wind 

Na tym tle rodzi się szersze pytanie: co z tym zrobić w kontraktach? Jak przygotować się – również w Polsce – na scenariusz, w którym to nie technologia się nie sprawdza, ale państwo nagle naciska „stop”? 

Ryzyko państwa jako osobna kategoria 

W wielu kontraktach infrastrukturalnych ryzyka dzieli się na techniczne, finansowe i organizacyjne, a wszystko, co „nieprzewidywalne”, wrzuca się do worka „siła wyższa”. Problem w tym, że działanie państwa – nawet nagłe, politycznie motywowane czy kontrowersyjne prawnie – rzadko jest tym samym, co huragan czy trzęsienie ziemi. 

Warto więc traktować „ryzyko państwa” jako odrębną kategorię i opisywać je wprost, np.: 

  • decyzje cofające pozwolenia, koncesje, umowy przyłączeniowe,
  • wstrzymanie wykonania umów dzierżawy lub umów z podmiotami publicznymi,
  • wprowadzenie moratoriów, zakazów, nowych wymogów technicznych czy środowiskowych, które w praktyce zatrzymują projekt. 

To pozwala od początku zadać sobie konkretne pytania: czy takie zdarzenie ma być traktowane jak coś, za co żadna ze stron nie odpowiada, czy raczej jako ryzyko przypisane wyraźnie inwestorowi (bo to on czerpie główną korzyść z relacji z państwem)? Czy wykonawca ma prawo do dodatkowego wynagrodzenia, czy tylko do czasu? 

Scenariusze „pauzy”: co się dzieje dzień po decyzji 

Praktycznym ćwiczeniem przy pisaniu kontraktu jest wyobrażenie sobie pierwszych 30 dni po decyzji organu zatrzymującej projekt. Kto co robi? Jakie są obowiązki informacyjne? Co się dzieje z placem budowy i personelem? 

W umowie warto rozważyć np.: 

  • obowiązek natychmiastowego zawiadomienia drugiej strony o decyzji organu i przekazania dokumentów,
  • automatyczne zawieszenie wykonywania określonych obowiązków (np. robót budowlanych) na czas oceny skutków decyzji,
  • procedurę „crisis meeting” – obowiązkowe spotkanie/komitet stron w określonym terminie (np. 7 dni) w celu ustalenia planu działania,
  • tymczasowe zasady wynagradzania w okresie pauzy (np. wynagrodzenie za gotowość, wynagrodzenie kosztowe bez marży, brak wynagrodzenia, jeśli przestój jest bardzo krótki).

Chodzi o to, by kontrakt nie milczał w najważniejszym momencie – gdy decyzja organu już zapadła, a strony muszą natychmiast podjąć dziesiątki praktycznych decyzji. 

Elastyczność zamiast jednego wielkiego „rozwiązania umowy” 

Tradycyjne podejście bywa czarno-białe: jeśli zdarzy się coś poważnego i trwałego, strona X może odstąpić od umowy. Przykład amerykański sugeruje jednak, że realne sytuacje są bardziej złożone: 

  • czasem decyzja państwa jest tymczasowa,
  • czasem daje się projekt zmodyfikować technicznie lub lokalizacyjnie,
  • czasem część zakresu robót można kontynuować (np. prace lądowe, przyłączeniowe), a część trzeba wstrzymać.

Warto więc budować w kontrakcie ścieżkę stopniową: 

  1. krótka pauza i wspólna analiza,
  2. możliwość częściowej zmiany zakresu (variation), zmiany harmonogramu i korekty wynagrodzenia,
  3. dopiero w sytuacji długotrwałej lub definitywnej blokady – prawo odstąpienia i mechanizm rozliczenia (w tym zasady rozliczenia nakładów, materiałów, zamówień u poddostawców). 

Takie podejście zwiększa szanse, że projekt da się „uratować” w zmienionej formie, zamiast od razu przechodzić w tryb sporów o odszkodowanie. 

Środki tymczasowe jako element strategii, a nie panika na końcu 

Spór wokół amerykańskich farm pokazał, że środki tymczasowe mogą realnie zmienić bieg wydarzeń: to dzięki nim część projektów nie stanęła na długie miesiące. To ważna lekcja dla projektów w innych jurysdykcjach. 

Na etapie kontraktu i przygotowania projektu można zawczasu: 

  • zidentyfikować, jakie roszczenia mogą podlegać zabezpieczeniu (np. zakaz wstrzymania określonych działań przez podmiot publiczny, nakaz kontynuowania części prac),
  • zadbać, by dokumentacja projektowa, raporty techniczne i harmonogramy były prowadzone tak, aby łatwo było wykazać „nieodwracalną szkodę” w razie przestoju,
  • uzgodnić zasady współdziałania stron przy ewentualnych wnioskach o zabezpieczenie (np. kto występuje jako wnioskodawca, kto dostarcza dane, jak dzielone są koszty).
  • Innymi słowy: zamiast traktować środki tymczasowe jako desperacki ruch na końcu, warto widzieć je jako zaplanowany element strategii kontraktowo–procesowej w projektach wysokiego ryzyka regulacyjnego. 

Łańcuch umów  

Duże projekty offshore i inne inwestycje infrastrukturalne to nie jedna umowa, lecz całe drzewo kontraktów: inwestor – generalny wykonawca – podwykonawcy – dostawcy specjalistycznych usług i sprzętu. Ryzyko decyzji państwa powinno być spójnie rozprowadzone w dół tej struktury. 

Jeśli w głównej umowie przewidziano mechanizmy zawieszenia, zmiany wynagrodzenia czy odstąpienia w razie decyzji organu, a w umowach z podwykonawcami się o tym nie wspomina, powstaje niebezpieczna asymetria. Generalny wykonawca może znaleźć się między młotem a kowadłem: bez płatności z góry, ale z twardymi zobowiązaniami w dół. 

Dlatego przy projektowaniu łańcucha umów warto zadbać o: 

  • konsekwentne przenoszenie (flow-down) klauzul dotyczących działania państwa,
  • spójne definicje zdarzeń (co to jest „governmental act”, „change in law” itd.),
  • jasne reguły aktualizacji harmonogramów i wynagrodzenia na każdym poziomie, gdy pojawia się decyzja organu.

Podsumowanie 

Historia amerykańskiego offshore wind przypomina, że w projektach infrastrukturalnych coraz częściej to nie natura, lecz państwo jest najsilniejszym „żywiołem”.  

Kontrakt, który poważnie traktuje ryzyko decyzji publicznych – od definicji, przez procedury, po zabezpieczenia – nie gwarantuje braku sporów, ale daje stronom przynajmniej mapę działania, gdy niespodziewany „stop” zamienia się w codzienny problem biznesowy. 

Więcej bieżących spostrzeżeń autora na temat rynku offshore wind i ryzyka kontraktowego znajdziesz na portalu LinkedIn

Boot Düsseldorf  2026 – nowe trendy i oczekiwania rynku 

Po raz kolejny Düsseldorf stał się epicentrum światowego jachtingu i sportów wodnych. Targi Boot Düsseldorf 2026 jak co roku zachwycają swoją skalą, różnorodnością i premierami. To wydarzenie, które odbyło się w dniach 17–25 stycznia 2026 roku uważane jest za największe i jedno z najważniejszych na świecie w branży przemysłu jachtowego – targów łodzi, jachtów i wodnych technologii.  

W halach zaprezentowało się ponad 1.500 wystawców, wykorzystujących łączną powierzchnię ekspozycyjną 15 hal, która zajmuje ponad 220 000. m². A przez 9 dni targi odwiedziło niemal 200 tysięcy gości. 

Wśród prezentowanych produktów znalazły się jednostki od kompaktowych łodzi żaglowych po luksusowe superjachty, zaawansowane systemy napędowe, sprzęt do nurkowania i szerokie spektrum wyposażenia i technologii dla branży marine.   

W ten sposób Boot Düsseldorf funkcjonuje jako globalny barometr kondycji rynku wodnego i trendów produktowych. Statystyki odwiedzin i prezentacji z tegorocznych targów nie tylko potwierdzają ogrom wydarzenia pod względem frekwencji i zasięgu, ale również pokazują, jak dynamicznie kształtuje się dziś rynek jachtowy: globalny, innowacyjny i coraz bardziej zróżnicowany.  

Jak co roku, byliśmy na miejscu, czynnie przyglądając się sytuacji w branży.  

Młodsze pokolenia wkraczają na wodę 

Jachting, niegdyś uznawany za sport elitarny, staje się coraz dostępniejszy dla szerokich kręgów społeczeństwa, a zwłaszcza dla młodszych pokoleń. Dynamiczny rozwój mediów społecznościowych gra tu istotną rolę, rozszerzając pasję do żeglowania i pływania wśród osób, które niekoniecznie pochodziły z rodzin z tradycjami jachtowymi. Ten trend szeroko opisała Dr. Julia Riedmeier podczas Pantaenius Season Briefing, w którym uczestniczyliśmy na zaproszenie naszych partnerów z Pantaenius. 

Zaledwie dwie dekady temu, posiadanie jachtu wydawało się luksusem, dostępnym tylko dla nielicznych. Dziś zjawisko to przeżywa prawdziwy renesans. Jachting stał się symbolem stylu życia, pełnym wolności, przygód i możliwości nawiązywania nowych znajomości. Coraz większa liczba osób dostrzega w tej pasji coś więcej niż tylko sport. Jachty stają się narzędziem do dzielenia wspólnych zainteresowań, zawierania nowych znajomości, a nawet rozwijania nowych przedsięwzięć biznesowych.  

Zresztą współczesny jacht (zarówno żaglowy, jak i motorowy) to coś więcej niż tylko jednostka pływająca. To przestrzeń do życia, pracy i spotkań towarzyskich. 

Nowe modele korzystania z jachtów 

Wiele firm zaczyna oferować alternatywne modele własności i współwłasności, umożliwiając zainteresowanym posiadanie jachtu bez konieczności angażowania się w pełną odpowiedzialność za daną jednostkę pływającą.  

Jednym z najbardziej interesujących rozwiązań są kluby jachtowe, które w dużej mierze wzorują się na tradycyjnych klubach golfowych. Członkowie takich klubów, po opłaceniu rocznego abonamentu, mogą korzystać z floty jachtów dostępnych w danym sezonie i to w różnych lokalizacjach. Często system ten opiera się na elastycznych zasadach rezerwacji. Taki model wpływa na poczucie pełnej swobody, a jednocześnie nie zmusza członka takiego klubu do ponoszenia bezpośrednich kosztów związanych z pełnym utrzymaniem jachtu i ryzykiem, jakie może wystąpić podczas jego niezależnej eksploatacji. 

Istnieje również możliwość zakupu jachtu i oddania go w czarter do takiego klubu. Wtedy właściciel nie dość, że może w ustalonych wcześniej okresach swobodnie korzystać z jachtu, to ma on również możliwość dodatkowego na nim zarobkowania. Tym sposobem, koszty eksploatacyjne mogą zostać pokryte (często w całości lub znacznej części), a spadek wartości jachtu będzie w dużej części niwelowany korzyściami płynącymi z czarterów. 

Ciekawym pomysłem jest sprzedaż jachtów w pakiecie z odpowiednim szkoleniem lub nawet załogą, która przez określony czas, np. rok, szkoli nowego właściciela, umożliwiając mu nabycie odpowiedniego doświadczenia, a potem samodzielną już obsługę jednostki. Dla wielu osób brak umiejętności w operowaniu jachtem stanowi istotną barierę, jednak dzięki takim programom, przyszli właściciele mają możliwość zdobycia odpowiednich kwalifikacji. Czyni to jachting bardziej dostępnym i komfortowym. 

Firmy, które decydują się na wdrożenie takich rozwiązań, skutecznie odpowiadają na potrzeby współczesnych konsumentów, którzy w dzisiejszych czasach szukają elastycznych, dostosowanych do ich stylu życia ofert. 

Jacht to dziś nie tylko symbol luksusu, ale także element codziennego życia, który, dzięki nowym modelom sprzedaży i użytkowania, staje się dostępny dla coraz szerszego grona pasjonatów.  

Inwestycja w jacht to już nie tylko kwestia dużych nakładów finansowych, ale także umiejętności adaptacji do nowych trendów, które pozwalają poczuć się jak właściciel jednostki, nie rezygnując przy tym z wygody i swobody w podejmowaniu poważnych decyzji życiowych. 

Postulaty branży jachtowej  

Branża jachtowa wkracza w nową erę, stawiając czoła wyzwaniom współczesnego świata. W odpowiedzi na rosnące potrzeby rynku i zmieniające się oczekiwania klientów, branża musi dostosować się do szybko rozwijających się technologii, dynamicznych zmian w regulacjach prawnych oraz globalnych trendów. Wśród najważniejszych postulatów pojawiających się w rozmowach branżowych znajdują się propozycje, które mają na celu poprawę efektywności, dostępności oraz innowacyjności sektora.  

   1.  Zwiększenie dofinansowań na innowacyjne projekty

Nowe technologie w branży jachtowej, takie jak napędy elektryczne, hybrydowe, czy systemy zarządzania energią, wymagają dużych inwestycji. Rozwój tych technologii jest istotny dla przyszłości jachtingu zarówno z perspektywy ochrony środowiska, jak i poprawy efektywności branży do zmieniających się okoliczności. Dlatego branża postuluje większe wsparcie ze strony rządów państw oraz organizacji międzynarodowych w zakresie dofinansowań do innowacyjnych projektów, które mogą znacząco zmienić sposób, w jaki korzystamy z jachtów. W tle bardzo dużą rolę odgrywa również redukcja emisji spalin oraz poprawę wydajności jednostek pływających.  

   2.  Wprowadzenie sądu arbitrażowego dla jachtingu

Konflikty to bolączka każdej branży, również jachtingu. W takich przypadkach tradycyjne procedury sądowe są zbyt czasochłonne i kosztowne. Branża poddaje pod dyskusję wprowadzenie specjalistycznego, międzynarodowego sądu arbitrażowego dla jachtingu. Mógłby on znacząco uprościć rozwiązywanie sporów i sprawy prawne związane z zakupem, serwisowaniem czy rejestracją jednostek pływających. Taki sąd działałby z uwzględnieniem specyfiki przemysłu jachtowego, co ograniczyłoby spory przed sądami powszechnymi i zmniejszyłoby koszty dla wszystkich stron. 

  3.  Ograniczenie regulacji

Jednym z poważniejszych wyzwań stojących przed producentami jachtów są nowe, restrykcyjne przepisy dotyczące emisji spalin i innych substancji szkodliwych. Branża apeluje o rozsądniejsze podejście do regulacji i dostosowanie ich do realiów technologicznych, aby wspierały innowacje, a jednocześnie nie obciążały firm nierealistycznymi wymaganiami. 

Nowe regulacje, mimo dobrych intencji w zakresie ochrony środowiska, w wielu przypadkach są praktycznie niemożliwe do zrealizowania. W szczególności dla mniejszych stoczni. Pojawiają się głosy, że przepisy te zmuszają producentów do „oszukiwania” praw fizyki w celu ograniczenia emisji spalin, co w dłuższej perspektywie może zdestabilizować całą branżę.  

Wprowadzenie takich norm sprawia, że producenci zmuszeni są do kosztownych inwestycji w technologie, które, choć ambitne, nie zawsze są wykonalne dla każdego producenta. Regulacje, które nie uwzględniają specyfiki branży jachtowej, mogą zniweczyć postęp, zamiast być narzędziem, które go wspiera. 

Zmiany na rynku, takie jak wzrost kosztów produkcji i wprowadzenie nierealistycznych norm, mogą osłabić konkurencyjność europejskich producentów na tle rynku amerykańskiego, gdzie regulacje są bardziej elastyczne i dostosowane do realiów technologicznych. Przemiany te mogą nie tylko utrudnić rozwój, ale w dłuższej perspektywie doprowadzić do stagnacji lub spadku innowacyjności w jachtingu europejskim. 

   4.  Rozwój aplikacji online

Współczesny świat idzie naprzód, a jachting, by utrzymać swoją atrakcyjność, musi nadążyć za rozwojem technologii. Branża stawia na rozwiązania cyfrowe, które ułatwią życie armatorom. Ten postulat był mocno podkreślany chociażby przez Ernę Rusi – CEO dynamicznie rozwijającego się fińskiego producenta jachtów Saxdor Yachts (w czasie International Breakfast Meeting skierowanego do sektorowych leaderów). 

Wśród pomysłów mogą się znaleźć:  

  • aplikacje do rezerwacji slipów portowych,
  • zdalne monitorowanie stanu technicznego jednostki,
  • automatyczne systemy zarządzania wynajmem jachtów,
  • platformy umożliwiające zakup części zamiennych i akcesoriów bez konieczności wychodzenia z domu.

   5.  Zniesienie ceł USA dla branży jachtowej w Europie

Wprowadzone przez USA cła utrudniają międzynarodowy handel. Cła, związane z polityką USA wobec niektórych krajów, stawiają w trudnej sytuacji producentów, którzy chcieliby rozwijać swoje rynki w krajach objętych tymi restrykcjami. 

Zniesienie lub istotne ograniczenie tych sankcji ułatwi handel, zwiększy eksport i wzmocnieni globalną współpracę w przemyśle jachtowym.  

Brak odwilży i nowe formy promocji 

Europejska branża jachtowa, mimo dynamicznego rozwoju w ostatnich latach, weszła w okres stagnacji i kryzysu. Po okresie boomu, który nastąpił po pandemii COVID-19, rynek zaczyna odczuwać wyraźne spowolnienie. Wielu producentów boryka się z problemem wysokich cen materiałów, brakiem dostępu do poszczególnych komponentów, wyższych cen energii oraz kosztów pracowniczych, zwłaszcza w obszarze UE.  

Ceny jednostek wzrosły o około 30% w porównaniu do okresu przed pandemią, a wynagrodzenia czy przychody potencjalnych nabywców nie zwiększyły się proporcjonalnie. A to ma wpływ na ograniczony popyt na jachty nowe i używane.  

W odpowiedzi na tę sytuację, rynek wprowadza nowe strategie marketingowe, aby dotrzeć do szerszego kręgu klientów, w tym do różnych grup wiekowych. Młodsze pokolenia, tj. osoby do 45. roku życia, reagują na nowoczesne kanały komunikacji, takie jak podcasty, media społecznościowe i treści video. Starsze grupy natomiast, tj. osoby 60+, preferują tradycyjne metody, takie jak rekomendacje i wydarzenia branżowe. Kluczem do sukcesu jest odpowiednia segmentacja i dopasowanie działań marketingowych do konkretnej grupy docelowej.  

Mimo rosnącego znaczenia nowoczesnych metod marketingowych, relacje i polecenia wciąż pozostają silnym narzędziem rynku. Zaufanie budowane na podstawie rekomendacji i kontaktów w środowiskach biznesowych pozostaje istotnym czynnikiem przy podejmowaniu decyzji zakupowych w branży jachtowej. 

Podsumowanie 

Targi Boot Düsseldorf 2026 pokazują, jak branża jachtowa zmienia się na naszych oczach. Jachting staje się coraz bardziej dostępny – młodsze pokolenia, nowe modele własności i elastyczniejsze opcje zakupu lub korzystania z jachtingu to tylko niektóre z widocznych trendów. Branża nadal zmaga się z wyzwaniami, takimi jak restrykcyjne regulacje i trudności technologiczne. 

Otwarte zostają jednak pytania: 

  • jak jachting będzie ewoluował, by pozostawać innowacyjnym, zrównoważonym i wciąż dostosowanym do potrzeb nabywców;
  • jakie kroki muszą podjąć producenci, by sprostać nowym wymaganiom rynku; 
  • jak wykorzystać możliwości cyfryzacji, aby uczynić ten sektor jeszcze bardziej elastycznym. 

Jedno jest pewne – świat jachtingu nie zatrzyma się na tym, co osiągnął do tej pory. 

Multihull – wschodząca gwiazda na rynku jachtowym 

W ostatnich latach na popularności zyskały jachty wielokadłubowe (ang. „multihull yachts”). Choć ich koncepcja narodziła się dawno temu, to w żegludze rekreacyjnej osiągnęły sukces stosunkowo niedawno.  

Czym jest multihull 

Multihull (wielokadłubowiec) to jednostka, która ma więcej niż jeden kadłub. I tak, jednostka z dwoma kadłubami to katamaran, a z trzema – trimaran. Bardzo rzadko są też jednostki z większą liczbą kadłubów; zazwyczaj wykorzystuje się je do wyspecjalizowanych celów. 

Zalety i wady wielokadłubowców 

  • Stabilność i bezpieczeństwo – jedną z największych zalet wielokadłubowców jest ich wysoka stabilność wynikająca z szerokiej belki. W porównaniu z jednokadłubowcami charakteryzują się znacznie mniejszymi przechyłami podczas żeglugi, co zwiększa komfort i poczucie bezpieczeństwa załogi.
  • Prędkość – wielokadłubowce często osiągają wyższe prędkości niż jednokadłubowce o tej samej długości, głównie dzięki mniejszemu oporowi hydrodynamicznemu i braku balastu. Pozwala to na bardziej efektywną żeglugę, szczególnie przy sprzyjających kursach i warunkach wiatrowych.
  • Przestrzeń – przy dwóch kadłubach jest oczywiście większa – zarówno w środku, jak i na zewnątrz. Daje to więcej miejsca dla kokpitów, magazynów i innych udogodnień.
  • Manewrowość – wielokadłubowce mają zazwyczaj dwa oddzielne silniki, po jednym na każdym kadłubie. Pozwala to jachtowi obracać się w miejscu oraz zapewnia większą kontrolę i ogranicza wpływ pływów i wiatru podczas nawigacji.
  • Komfort – wszystkie wymienione wcześniej elementy składają się na większy komfort podczas żeglowania, zwłaszcza dla rodzin i osób podatnych na chorobę morską.
  • Doświadczenie – niektórzy twierdzą, że wielokadłubowce nie oferują takiego samego doświadczenia pływania, co jednokadłubowce. Jednokadłubowce są mniej stabilne, a przez to bardziej podatne na wiatr i fale. Dzięki temu żegluga może być bardziej ekscytująca.
  • Transport – jednostki jednokadłubowe są mniejsze, a co za tym idzie łatwiejsze w transporcie. Jeśli będziesz przewozić swoją łódź, warto wziąć to pod uwagę przy zakupie.
  • Konserwacja – kadłub wymaga regularnego czyszczenia i zabezpieczenia. Większa liczba kadłubów wiąże się z większym nakładem pracy lub kosztów. To samo dotyczy silników.
  • Koszty – wielokadłubowce są droższe w produkcji, więc ich cena jest wyższa.

Ważne postanowienia w umowie sprzedaży 

Jeśli już zdecydowałeś się na wielokadłubowca, to warto zwrócić uwagę na specyficzne postanowienia w umowie sprzedaży, dotyczące tego typu jednostek, które będą się odnosić do: 

  • odpowiedzialności za inspekcję każdego kadłuba,
  • kompatybilności wyposażenia z belką poprzeczną (tzw. szersza belka – poprzeczne elementy idące między kadłubami),
  • szczegółowego protokołu przekazania z podziałem na kadłuby i wyposażenie pokładowe,
  • warunków odrzucenia po survey z wadami konstrukcyjnymi,
  • kosztów testów i ubezpieczenia (które zazwyczaj będzie pokrywać kupujący). 

W umowie trzeba też wskazać sposób odebrania wielokadłubowego jachtu. Ze względu na wielkość tego typu jednostek, koszt transportu jest znacznie wyższy niż przy jednokadłubowych odpowiednikach. Warto określić, czy odbiór jednostki odbędzie się na lądzie, na wodzie, czy w gotowości do dalszego transportu.  

Więcej o umowie sprzedaży jachtu opowiadamy tutaj: Pułapki w umowach nabycia jachtu – jak uniknąć kłopotów?

O sprawach podatkowych związanych z zakupem – tutaj: Nowy jacht a podatek VAT – czy i kiedy musisz zapłacić?

A wszystkie niezbędne informacje dotyczące zakupu jachtu znajdziesz w naszym e-booku Bezpieczne nabycie jachtu 3.0

Sytuacja na rynku 

Rynek najpopularniejszych wielokadłubowców, katamaranów, dynamicznie się rozwija. W zależności od źródła jego wartość szacuje się na 900 milionów – 2,2 miliarda dolarów. W 2024 roku, według analityków, sprzedaż katamaranów podwoiła się w porównaniu z rokiem poprzednim, osiągając jedną trzecią całkowitej sprzedaży jachtów. Prognozy wskazują na dalszy, intensywny wzrost w kolejnych latach – do 2030 roku wartość rynku ma sięgnąć od półtora miliarda do około trzech miliardów dolarów. 

źródło: https://www.mordorintelligence.com/industry-reports/catamaran-market 

źródło: https://www.marketgrowthreports.com/market-reports/powered-catamaran-market-107733 

Podsumowanie 

Jachty wielokadłubowe coraz wyraźniej zaznaczają swoją pozycję na rynku jachtowym, stając się atrakcyjną alternatywą dla jednostek jednokadłubowych. Dzięki wysokiej stabilności, większej przestrzeni, dobrym osiągom i podwyższonemu komfortowi żeglugi szczególnie dobrze sprawdzają się w żegludze rekreacyjnej, rodzinnej i czarterowej. Jednocześnie wymagają świadomości ich specyfiki – wyższych kosztów zakupu i utrzymania, większych wymagań serwisowych oraz nieco odmiennego „doświadczenia żeglarskiego”. 

Dynamiczny wzrost sprzedaży i optymistyczne prognozy rynkowe wskazują, że multihulle są już jednym z najistotniejszych segmentów współczesnego rynku jachtowego. 

Dlaczego klient nie może się błąkać po kancelarii

Stres przed spotkaniem z profesjonalistą 

Znasz ten lekki niepokój przed wizytą u lekarza? Zwłaszcza pierwszą? Czy wysłucha, czy zrozumie, czy ja zrozumiem, czy nie zapomnę czegoś powiedzieć i – w zależności od cech indywidualnych – cała reszta podobnych dylematów.  

Tak, to kolejne nawiązanie do lekarzy, bo – podobnie jak do prawników – nie przychodzimy do nich z błahostkami tylko z problemami. I z całym szacunkiem dla pozostałych profesji, łatwiej pogodzić się z odrostami na głowie i cieknącą pralką niż z perspektywą operacji czy więzienia. 

Poziom stresu przed pierwszym spotkaniem z prawnikiem, oczywiście w zależności od sprawy, z którą przychodzimy, może być bardzo duży. W mentalności wielu osób wizyta w kancelarii to ostateczność i znak, że coś poszło nie tak w mojej działalności (lub życiu), z czym sobie nie radzę. I choć świadomość wielu przedsiębiorców naprawdę się zmienia, wciąż dla sporej części prawnik jest od gaszenia pożarów. A jak pożar, to katastrofa. 

Wchodzi klient i nie wie, co ze sobą zrobić

Wchodzi więc taki klient, zestresowany swoją sytuacją i tym, że musi o niej zaraz komuś powiedzieć. Świetnie, jeśli zaraz na wejściu zastanie osobę, która siedzi w tak oczywistym miejscu, że nie ma wątpliwości, że może do niej podejść. Gorzej, jeśli takiego miejsca nie ma albo nie ma osoby, do której mógłby się zwrócić. Wtedy robi się trochę jak na wejściu do restauracji, kiedy stoimy przy tabliczce: „Proszę czekać tutaj”, a potem przez kolejne dziesięć minut nikt nie przychodzi i nawet nie zaszczyci spojrzeniem.  

Załóżmy więc, że klient wszedł do kancelarii widzi ladę recepcyjną, jednak za nią nie ma nikogo. Na jego wejście nikt nie zareagował, stoi i czeka. Patrzy na zegarek, za minutę spotkanie, a wyjechał przecież wcześniej, żeby się nie spóźnić. Zaczyna się nerwowo kręcić, w końcu zagląda po kolei do pokoi i przepraszając, że przeszkadza mówi, że jest umówiony na spotkanie. 

Czy zwiększył się poziom jego stresu przed spotkaniem? Na pewno. Być może nawet trochę go ta sytuacja poirytowała. Czy mogła mu dać do myślenia, czy tu ktoś w ogóle pracuje? Czy ktoś jest zaangażowany? Mogła, zwłaszcza, jeśli zwraca uwagę na takie rzeczy albo obsługa klienta w jego firmie wygląda zupełnie inaczej. Wreszcie, czy poczuł się w tej sytuacji bezpiecznie? Komfortowo? Na pewno nie. 

Naszą wartością jest bezpieczeństwo

My nie doprowadzamy do takich sytuacji. W naszej Procedurze obsługi klienta mamy jasno określone, że w godzinach pracy kancelarii zawsze ktoś musi być w sekretariacie. Wiemy kto i kiedy siada w zastępstwie i co, jeśli w sekretariacie chwilowo jest pusto. Nie ma w ogóle takiej opcji, żeby klient nie wiedział, co ze sobą zrobić, gdzie pójść. Żeby nie został przywitany i zaproszony do pokoju konferencyjnego, względnie poproszony o zaczekanie. I absolutnie każdy musi umieć to zrobić i czuć się za to odpowiedzialny. Każdy – niezależnie od tego, jak skomplikowane zadanie wykonuje – powinien być gotowy, żeby pomóc klientowi.  

Klient musi czuć się w kancelarii bezpiecznie i komfortowo. Nie tylko w aspekcie merytorycznym, ale i organizacyjnym. Dlatego potrzebne są procedury. Od pierwszego kontaktu może naprawdę dużo zależeć.

Konsorcjum jako narzędzie współpracy w sektorze morskiej energetyki wiatrowej 

Jak małym wysiłkiem samodzielnie zrealizować projekt offshore wind wart miliardy złotych? W praktyce – nie da się.  

Pomijając żartobliwy wstęp do artykułu, samodzielne stworzenie od podstaw zaawansowanej technologicznie inwestycji na morzu jest nieosiągalne nawet dla największych korporacji. Tylko współpraca ma sens i prowadzi do realizacji ambitnego celu. Najczęściej bowiem jedna firma ma technologię, druga – sprzęt, trzecia – ludzi i doświadczenie. Żadna z nich sama nie udźwignie przedsięwzięcia wartego miliardy złotych. Razem mają jednak szansę (a co ważniejsze realne możliwości!).  

Morska energetyka wiatrowa rozwija się w Polsce dynamicznie. Projekty takie jak Baltic Power czy BC-Wind to inwestycje, które wymagają specjalistycznej wiedzy, zaplecza finansowego, doświadczenia i zdolności do zarządzania ryzykiem. Jesteśmy też krótko po pierwszej aukcji w ramach dodatkowego wsparcia OZE, co powoduje, że inwestycje na Morzu Bałtyckim nabierają jeszcze wyraźniejszych barw. Niemniej pojedynczy podmiot często nie jest w stanie samodzielnie sprostać wszystkim wymaganiom, zwłaszcza tak wyśrubowanym jak w przypadku morskich konstrukcji o znaczeniu strategicznym, planowanych na 30 lat użytkowania i generowania prądu. Jednym ze stosowanych rozwiązań jest tzw. konsorcjum, będące atrakcyjną formą współpracy szczególnie dla mniejszych przedsiębiorstw, ale i chętnie wykorzystywane przez większe firmy dla rozłożenia ryzyka i obciążeń finansowych. 

Czym jest konsorcjum 

Konsorcjum to umowa, która reguluje współpracę dwóch lub więcej podmiotów łączących siły, żeby zrealizować jedno wspólne przedsięwzięcie. Przedsięwzięcia dotyczą różnego rodzaju działalności, w tym również budowy morskich farm wiatrowych, produkcji komponentów czy świadczenia usług instalacyjnych.  

W offshore wind konsorcja pojawiają się na różnych poziomach: od dużych deweloperów, przez konsorcja dostawców, po grupy mniejszych firm oferujących specjalistyczne usługi.  

Konsorcjum ma charakter tymczasowy i okolicznościowy. Tworzy się je na potrzeby jednego, określonego projektu, choć realizacja może trwać lata. Zawiązanie konsorcjum pozwala na połączenie potencjału, doświadczenia i zasobów kilku podmiotów bez konieczności tworzenia nowej spółki celowej. Umożliwia tym samym rozłożenie ryzyka gospodarczego pomiędzy uczestników.  

W polskim porządku prawnym konsorcjum nie zostało uregulowane jako odrębna instytucja prawna czy tym bardziej podmiot. Jest to tak naprawdę umowa pomiędzy uczestnikami konsorcjum, regulująca ich wzajemne prawa i obowiązki w ramach konkretnego zadania. Istotną zaletą jest więc jego elastyczność. Funkcjonowanie konsorcjum opiera się na umowie nienazwanej, tzw. umowie konsorcjalnej, zawieranej w ramach realizacji przewidzianej w Kodeksie cywilnym zasady swobody umów.  

Uczestnicy konsorcjum nie tracą swojej prawnej i gospodarczej samodzielności i niezależności – w przeciwieństwie do fuzji (M&A) czy utworzenia nowej spółki mającej podmiotowość prawną. Nie powstaje więc nowy podmiot z osobowością prawną, chyba że strony dodatkowo założą spółkę kapitałową dla ułatwienia pewnych spraw (administracyjnych, finansowych, właścicielskich).  

Jak wygląda umowa konsorcjalna 

Umowa konsorcjalna jest fundamentem całej współpracy. Ma charakter umowy nienazwanej, co oznacza, że jej treść kształtują sami uczestnicy. Jest rozbudowana i zakłada wspólne działanie w określonym celu (najczęściej wygrania przetargu i realizacji przedsięwzięcia). Często jest porównywana do umowy spółki cywilnej, jednak w przypadku sektora morskiej energetyki wiatrowej powinna być znacznie lepiej dostosowana do realiów dużych projektów inwestycyjnych, szczególnie pod kątem wymogów inwestora i wzajemnych zasad odpowiedzialności 

Postanowienia umowy konsorcjalnej decydują o rzeczywistym charakterze współpracy oraz o konsekwencjach prawnych i podatkowych. Szczególnego znaczenia nabiera zatem jej staranne skonstruowanie. Ma zazwyczaj charakter ramowy i jest uzupełniana o szczegółowe umowy wykonawcze, które regulują poszczególne etapy projektu. Bywa jednak i tak, zwłaszcza jeśli konsorcjum dąży do wykonania umowy w ramach przetargu publicznego, że już na etapie przedstawiania oferty musi być kompletna i wyczerpująca, gdyż przedstawia się ją wraz z ofertą. 

Do najważniejszych elementów umowy konsorcjalnej należą: 

  • Szczegółowy opis wspólnego przedsięwzięcia
    Umowa powinna precyzyjnie określać przedmiot projektu, jego zakres oraz cele i rolę każdego z uczestników. 
  • Mechanizmy koordynacji działań
    W tym celu możliwe jest wyznaczenie lidera konsorcjum. 
  • Zasady podziału kosztów, zysków i ryzyka
    Umowa powinna wskazywać sposób finansowania projektu, podział kosztów pomiędzy uczestników, zasady rozliczania wynagrodzenia oraz reguły podziału zysków i strat.
  • Zasady reprezentacji konsorcjum wobec osób trzecich
    Określają one sposób, w jaki konsorcjum występuje na zewnątrz, w szczególności wobec inwestora i podwykonawców.  

Klauzule dodatkowe 

Należy do nich przede wszystkim obowiązek wzajemnej informacji i współpracy. Mogą być to także klauzule lojalnościowe, zakazy konkurencji, zasady poufności i sposób rozwiązywania sporów, często poprzez arbitraż. Aby ograniczyć ryzyko uznania konsorcjum za spółkę cywilną lub inny podmiot prawa, często zamieszcza się klauzulę, która wskazuje, że zamiarem stron nie jest utworzenie spółki w rozumieniu przepisów kodeksu cywilnego ani kodeksu spółek handlowych. 

Lider konsorcjum 

Dla przejrzystej koordynacji działań możliwe jest wyznaczenie lidera. Lider odpowiada za bieżące zarządzanie projektem, kontakt z inwestorem, reprezentację konsorcjum na zewnątrz i obsługę administracyjną przedsięwzięcia, przyjmując rolę zarządcy i wykonawcy umowy konsorcjum z perspektywy przedstawiciela konsorcjantów. 

Podstawą działania lidera jest pełnomocnictwo, które może być udzielone w odrębnym dokumencie, jak i w samej umowie.  

Powołanie lidera nie oznacza utraty samodzielności przez pozostałych uczestników. Jego rola polega przede wszystkim na organizacji, a nie na przejęciu całej odpowiedzialności merytorycznej za projekt. 

Zasady odpowiedzialności 

Charakter odpowiedzialności zależy przede wszystkim od formy i treści umowy. Ryzyko może być ograniczone do zakresu prac każdego z uczestników. Jednak w przypadku, gdy umowa ma charakter podobny do spółki cywilnej lub gdy konsorcjanci startują do przetargu w ramach zamówień publicznych – odpowiedzialność będzie kształtować się solidarnie (wymóg PZP).  

Odpowiedzialność solidarna oznacza, że inwestor jako wierzyciel będzie mógł domagać się spełnienia świadczenia od dowolnego konsorcjanta, kilku z nich lub wszystkich łącznie. Konsorcjant, który poniósł koszt lub odpowiedzialność, będzie mógł następnie rozliczyć się z pozostałymi członkami na zasadach ustalonych między nimi w umowie lub na zasadach ogólnych wynikających z Kodeksu cywilnego lub prawa budowlanego.  

Zakres odpowiedzialności wewnątrz konsorcjum zależy od postanowień umowy i może być elastycznie dopasowany do struktury projektu. Co ważne, im umowa konsorcjum lepiej precyzuje zasady odpowiedzialności, tym mniej konsorcjanci narażają się na przyszłe konflikty i wewnętrzne nieporozumienia, co w krytycznych sytuacjach mogłoby nieść za sobą nawet całkowity upadek projektu.  

Przychody i ponoszone koszty 

Umowa konsorcjum powinna również jasno określać, w jakiej części każdy z uczestników bierze udział w przychodach i kosztach lub wskazywać zasady ich ustalania. W praktyce, najczęściej stosuje się trzy rozwiązania:  

  1. podział według zakresu wykonanych prac (metoda rzeczowa),  
  2. podział według z góry ustalonego procentu w przychodach i kosztach (metoda finansowa), 
  3. model mieszany, łączący oba podejścia (dostosowywany w miarę potrzeb uczestników konsorcjum). 

W konsorcjum rzeczowym uczestnicy z góry dzielą między siebie konkretne zadania i ustalają wynagrodzenie za ich wykonanie. Każdy ponosi własne koszty i osiąga własny zysk lub stratę. Wydaje się to rozwiązaniem najbardziej odpornym na potencjalne konflikty wewnętrzne, gdyż każdy konsorcjant działa w dobrze mu znanej materii i bierze za nią odpowiedzialność. 

W konsorcjum finansowym zakres prac nie jest sztywno przypisany, a uczestnicy wspólnie finansują projekt i dzielą się przychodami oraz kosztami według ustalonych proporcji. Formuła ta sprawdzi się przede wszystkim, gdy konsorcjanci mają podobny zakres specjalizacji, a ich wspólne działanie wynika raczej z potrzeby zwiększenia szans na realizację projektu względem samodzielnego starania się o jego wykonanie niż uzyskania kompetencji innej firmy.  

Dlaczego konsorcjum jest korzystne dla mniejszych podmiotów 

Sektor offshore wind charakteryzuje się bardzo wysokimi barierami wejścia, w tym wykazywaniem się wcześniejszym doświadczeniem, co często stanowi błędne koło (brak doświadczenia -> brak projektów -> brak doświadczenia). Dla wielu mniejszych przedsiębiorstw samodzielne uczestnictwo w dużych, czy nawet średnich projektach jest praktycznie niemożliwe. Co najwyżej mogą oni przyjmować drobne role na samym końcu łańcucha dostaw.  

Konsorcjum umożliwia: 

  • połączenie kompetencji i doświadczenia, 
  • rozłożenie kosztów i ryzyka finansowego, 
  • udział w dużych przetargach, 
  • zwiększenie udziału polskich firm na różnych szczeblach łańcucha dostaw (local content).  

Podsumowanie 

Ze względu na złożoność projektów offshore wind i potencjalne ryzyka prawne, umowa konsorcjalna powinna być starannie przygotowana przez doświadczonego prawnika specjalizującego się w prawie gospodarczym i kontraktach inwestycyjnych. Profesjonalne doradztwo pozwala uniknąć pułapek, optymalnie rozłożyć ryzyka i maksymalizować korzyści dla uczestników.  

Konsorcjum to sprawdzone narzędzie, które może znacząco przyspieszyć rozwój polskiego sektora morskiej energetyki wiatrowej, otwierając drzwi do sektora mniejszym firmom, umożliwiając im zdobycie doświadczenia i kompetencji w ważnej i dochodowej gałęzi gospodarki. Z perspektywy lokalnej jest to też sposób na wymianę doświadczeń i zwiększenie udziału polskich firm w zaangażowaniu w projekty offshore nie tylko na Bałtyku. Z globalnej zaś, trzeba zauważyć, że konsorcjum to nie tylko współpraca np. dwóch małych przedsiębiorców, wykonujących projekt, ale często i szansa dla dużych, doświadczonych podmiotów, by wejść na dany rynek lokalny przy udziale już istniejących na nim firm i symbiotyczne działanie, z którego lokalny przedsiębiorca zdobywa doświadczenie oraz know-how, a większy konsorcjant, zyskuje dostęp do danego rynku i ostatecznie zarabia. 

W takiej sytuacji na konsorcjum trzeba patrzeć jako na narzędzie umożliwiające symbiozę firm na wielu płaszczyznach. Począwszy od wzajemnego uzupełniania kompetencji, przez wzrost sił i konkurencyjności względem samodzielnych wykonawców, po bramę, przez którą możemy wykorzystać zasoby dużych doświadczonych firm w naszych lokalnych inwestycjach, czerpiąc zarazem doświadczenie i referencje.

XX Spotkanie Noworoczne Gospodarki Morskiej

13 stycznia 2026 r. nasz zespół wziął udział w XX Spotkaniu Noworocznym Gospodarki Morskiej w Szczecinie. To ważne, branżowe wydarzenie, które co roku daje dobrą okazję do rozmów o kierunkach rozwoju portów, żeglugi i inwestycji w gospodarce morskiej – także od strony praktycznych wyzwań prawnych. 

Kancelarię Zbroja Adwokaci reprezentowali: Patryk Zbroja, Maciej Janicki, Katarzyna Lendzionowska, Ewa Lewkowska-Dąbrowska, Marcin Sokołowski, Bartosz Sierkowski oraz Stanisław Kaup. Spotkanie było dla nas przestrzenią do wymiany doświadczeń z przedstawicielami rynku i instytucji, a także do rozmów o planach na 2026 rok. 

Wracamy z dużą dawką wniosków i tematów, które będziemy dalej rozwijać w pracy z klientami. Trzymamy rękę na pulsie w branży morskiej i wchodzimy w nowy rok z pełnym zaangażowaniem – gotowi wspierać projekty portowe, żeglugowe i inwestycyjne na każdym etapie. 

 

Sąd orzekł zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych? Sprawdź, co wolno Ci na wodzie. 

W sprawach dotyczących wypadków lub innych przestępstw popełnionych na wodzie,  w których sąd orzeka zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych, pojawia się praktyczne pytanie: co obejmuje ten zakaz? Czy po wyroku można pójść „na małą motorówkę”, wsiąść na skuter wodny albo poprowadzić żaglówkę, na którą nie są wymagane żadne uprawnienia?  

Do tego dochodzi najważniejsze zagadnienie: czy zakaz orzeczony za spowodowanie wypadku na lądzie liczy się też na wodzie? 

Poniżej przyglądamy się temu krok po kroku – z perspektywy żeglarza i motorowodniaka, który musi sobie odpowiedzieć na pytanie co mu wolno, a czego lepiej nawet nie próbować. 

Zakaz po wyroku sądu – od czego zależy jego zakres 

Pierwotnie w orzecznictwie ugruntowała się zasada, że zakaz prowadzenia pojazdów powinien dotyczyć tej kategorii pojazdów, którą sprawca posługiwał się, dopuszczając się przestępstwa przeciwko bezpieczeństwu w komunikacji. W nowelizacji Kodeksu karnego ustawodawca uwzględnił tę zasadę. Teraz sąd orzeka zakaz prowadzenia pojazdów określonego rodzaju, a w niektórych sytuacjach zakaz prowadzenia wszelkich pojazdów.  

Przekładając to na realia wody: jeżeli sprawca prowadził jacht żaglowy, zakaz powinien obejmować jego uprawnienia żeglarskie. Jeżeli prowadził jednostkę motorowodną, zakaz powinien dotyczyć uprawnień motorowodnych. 

W praktyce sądy często formułują jednak zakaz szerzej i orzekają po prostu zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych w ruchu wodnym. Taka konstrukcja obejmuje zarówno jachty żaglowe z napędem mechanicznym, jachty motorowe, jak i inny sprzęt pływający, napędzany silnikiem. Z punktu widzenia osoby, wobec której zakaz orzeczono, jest on wtedy znacznie mniej intuicyjny. 

Pojazd mechaniczny w prawie karnym – szerszy niż się wydaje 

W tym kontekście istotne znaczenie ma pojęcie „pojazd mechaniczny”. W potocznym odbiorze kojarzy się z samochodem lub motocyklem, ale w prawie karnym rozumiany jest znacznie szerzej. 

Zgodnie z utrwaloną linią orzeczniczą, pojazdem mechanicznym jest każdy pojazd, który z racji swojej konstrukcji porusza się siłą mechaniczną pochodzącą z silnika.  

To pojęcie jest szersze niż znany z prawa o ruchu drogowym „pojazd silnikowy”, czyli pojazd wyposażony w silnik, z wyjątkiem motoroweru i pojazdu szynowego. Tymczasem „pojazd mechaniczny” na gruncie prawa karnego to również m.in. łodzie motorowe. 

W praktyce dla ruchu wodnego oznacza to jedną, prostą konsekwencję: jeżeli jednostka jest konstrukcyjnie przeznaczona do poruszania się dzięki sile silnika, traktowana będzie jako pojazd mechaniczny – niezależnie od tego, czy na jej prowadzenie przepisy wymagają posiadania patentu. 

Teoretycznie, gdyby żaglówka nie miała żadnego napędu mechanicznego, to mogłaby być sterowana mimo orzeczonego zakazu. W praktyce jednak większe jednostki zazwyczaj są wyposażone w silnik, chociażby zaburtowy, co czyni je pojazdem mechanicznym.  

Sprzęt „bez patentu”: jachty, motorówki, skutery 

Na wodach śródlądowych nie brak jednostek, które można prowadzić bez uprawnień. Dotyczy to choćby części jachtów rekreacyjnych czy niewielkich motorówek o mocy do 10 kW. W świadomości użytkowników taki sprzęt często funkcjonuje na zasadzie: skoro nie trzeba patentu, to zakaz go nie dotyczy. 

Niestety, to zbyt optymistyczne podejście. Brak obowiązku posiadania patentu nie oznacza, że dana jednostka przestaje być pojazdem mechanicznym. Jeżeli napędza ją silnik, a konstrukcyjnie ma się poruszać dzięki sile mechanicznej, w rozumieniu prawa karnego jest pojazdem mechanicznym. Jeżeli więc sąd orzekł zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych w ruchu wodnym, to obejmie on również słabsze motorówki   i część jachtów z napędem, mimo że formalnie poruszanie się nimi nie wymaga uprawnień. 

Jeszcze bardziej klarowna jest sytuacja skuterów wodnych. Tutaj ustawodawca wprost uzależnił możliwość poruszania się nimi od posiadania patentu sternika motorowodnego. Skuter wodny jest podręcznikowym przykładem pojazdu mechanicznego na wodzie – napędzanego silnikiem, zaprojektowanego wyłącznie do poruszania się przy jego użyciu. Jeżeli więc wobec sternika orzeczono zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych po zdarzeniu z użyciem jachtu motorowego, pływanie skuterem wodnym też przestaje wchodzić w grę. W razie kontroli nie będzie tu raczej pola do dyskusji. 

Małe żaglówki – gdzie zakaz ma swój koniec 

Nieco inaczej wygląda sytuacja mniejszych żaglówek. Obecnie bez uprawnień można żeglować jachtem żaglowym o długości kadłuba do 7,5 metra. Ważne jest jednak, jak taki jacht jest wyposażony. 

Jeżeli mówimy o jachcie żaglowym do 7,5 m bez silnika, to mamy do czynienia z jednostką napędzaną wyłącznie siłą wiatru. Nie jest ona pojazdem mechanicznym, bo nie porusza się dzięki sile mechanicznej pochodzącej z silnika. W efekcie – nawet przy cofniętych uprawnieniach i przy zakazie prowadzenia pojazdów mechanicznych – sternik może nadal taki jacht prowadzić. 

W praktyce oznacza to, że mały jacht żaglowy bez silnika jest jedynym rodzajem jednostki wodnej, który w sytuacji obowiązywania zakazu prowadzenia pojazdów mechanicznych pozostaje realnie dostępny. Wystarczy jednak dołożyć nawet niewielki silnik pomocniczy, by ta sama jednostka – z punktu widzenia prawa karnego – stała się pojazdem mechanicznym, a wraz z tym wpadła w zakres zakazu. 

Stąd odpowiedź na często zadawane pytanie, czy zakaz obejmuje też jednostki, na które nie trzeba mieć uprawnień, brzmi: nie obejmuje, ale tylko jeśli nie są pojazdem mechanicznym. W praktyce kryterium jest więc nie „patent”, lecz „napęd”. 

Jak w praktyce egzekwuje się zakaz na wodach śródlądowych 

Na lądzie egzekwowanie zakazu prowadzenia pojazdów mechanicznych jest stosunkowo proste dzięki scentralizowanemu systemowi CEPiK, który pozwala szybko zweryfikować uprawnienia kierowcy. W ruchu wodnym takiego systemu nie ma. Nie istnieje centralna baza jednostek pływających i uprawnień, z której patrol mógłby w kilka sekund odczytać pełną historię sternika. 

Nie oznacza to jednak, że zakaz na wodzie jest czystą teorią. Osoby posiadające uprawnienia do prowadzenia jednostek pływających – patent żeglarski czy motorowodny – mają obowiązek posiadać je w formie dokumentu. W razie orzeczenia zakazu prowadzenia jednostek pływających przez sąd, uprawnienia te są odbierane. Problemem pozostaje brak scentralizowanej bazy, która pozwalałaby każdej służbie wodnej na szybkie sprawdzenie, czy dana osoba w ogóle powinna prowadzić jednostkę. 

Na wodach śródlądowych kontrole prowadzą m.in. wyspecjalizowane jednostki, takie jak policja wodna. Typowa kontrola polega na zatrzymaniu jednostki, wylegitymowaniu sternika i sprawdzeniu go w Krajowym Systemie Informacyjnym Policji (KSIP). Jest to centralny system zawierający dane o przestępstwach i wykroczeniach, o osobach podejrzanych, poszukiwanych lub o nieustalonej tożsamości, a także o rzeczach związanych z przestępstwami. Można założyć, że w takiej bazie ujawnione będzie także cofnięcie uprawnień do kierowania jachtami czy jednostkami motorowodnymi, co pozwala policjantowi zweryfikować, czy sternik nie łamie zakazu. 

Ograniczeniem są także realia pracy na wodzie. Patroli jest mniej niż na drogach, akweny – szczególnie duże, jak np. Zalew Szczeciński czy Zegrzyński – oferują więcej „przestrzeni do zniknięcia z radaru”, a kontrole w mniej popularnych miejscach są po prostu rzadsze. W praktyce interwencje często wynikają z konkretnych zgłoszeń albo      z wyraźnie widocznego naruszenia przepisów, a nie z rutynowego nadzoru. 

Przykład z praktyki – gdy rekreacja kończy się postępowaniem karnym 

Trudności w egzekwowaniu zakazu nie oznaczają jednak, że można go lekceważyć. Dobrym przykładem jest zdarzenie z 21 lipca 2020 r. na Zalewie Pogoria IV. 28-letni mężczyzna, mimo prawomocnego zakazu prowadzenia pojazdów mechanicznych, został zatrzymany przez policję wodną podczas pływania skuterem wodnym. Wiedział   o zakazie, a mimo to zdecydował się na rekreacyjny wypad na skuterze. Skończyło się interwencją i wszczęciem postępowania. 

Ten przykład pokazuje dwa zjawiska. Po pierwsze, zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych może objąć także sprzęt wodny – w tym skutery – nawet jeśli sam wyrok zapadł na tle zdarzenia drogowego. Po drugie, część osób z zakazem traktuje wodę jako „bezpieczniejszą” przestrzeń, licząc na mniejszą liczbę kontroli.  

Konsekwencje naruszenia zakazu – duże ryzyko, które łatwo zbagatelizować 

Prowadzenie pojazdu mechanicznego po cofnięciu uprawnień jest samodzielnym przestępstwem, uregulowanym w art. 180a KK. Za taki czyn grozi grzywna, kara ograniczenia wolności albo kara pozbawienia wolności do lat 2. To jednak nie koniec konsekwencji. 

Sąd ma obowiązek orzeczenia kolejnego zakazu prowadzenia pojazdów mechanicznych – tym razem na okres od 1 do 15 lat. Jedno beztroskie wyjście na skuter czy motorówkę wbrew zakazowi może więc skutkować nowym wyrokiem, znacznym wydłużeniem okresu, w którym sternik nie będzie mógł legalnie prowadzić żadnych pojazdów mechanicznych. 

Kilka praktycznych wniosków dla sterników  

Patrząc na przepisy, orzecznictwo i praktykę działania służb, można sformułować kilka praktycznych wniosków.  

Po pierwsze, przy zakazie prowadzenia pojazdów mechanicznych nie warto szukać „furtki” w postaci motorówek, czy innych jednostek z silnikiem, nawet jeśli formalnie nie wymagają uprawnień. Z punktu widzenia prawa karnego to nadal pojazdy mechaniczne. 

Po drugie, realną i bezpieczną przestrzenią pozostają małe żaglówki bez napędu mechanicznego. Tam, gdzie jedyną siłą napędu jest wiatr, zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych nie znajduje zastosowania. 

Wreszcie, choć egzekwowanie zakazu na wodzie jest trudniejsze niż na lądzie, złamanie go wiąże się z na tyle wysokim ryzykiem, że sternik powinien podchodzić do tematu z dużą ostrożnością. Czasem lepiej na kilka sezonów przerzucić się z silnika na żagiel niż mierzyć się z konsekwencjami kolejnego wyroku.